2025-01-29

Sezon w ogrodzie, z pamiętnika ogrodnika, cz.1.

W tym wpisie poruszam ogólne informacje dotyczące warunków pogodowych w ciągu roku. Będzie to swego rodzaju dziennik, pamiętnik, który będzie podzielony na pięcio- lub dziesięcioletnie grupy (sezony), zaczynając od roku 2025.



Do powstania tego dziennika skłoniły mnie coraz częściej występujące anomalie pogodowe. Pogoda już od co najmniej kilkunastu lat nie jest tak stabilna, jak była wcześniej. Obecnie widać wyraźnie, jak z roku na rok nasze zimy robią się coraz bardziej łagodne, bezśnieżne i trwają krótko, wręcz zanikają, a letnie upały i okresy suszy są coraz dłuższe i bardziej dokuczliwe.

Pamiętam z okresu mojej młodości, że jeszcze w latach '80 i '90 mróz trwał przez kilka miesięcy, a śnieg leżał od drugiej połowy października do marca, niemalże bez przerw. Dopiero na przedwiośniu, w marcu, słońce dogrzewało na tyle, że zaczynały się powolne roztopy śniegu, do których po dziś dzień mam wielki sentyment. Ten okres budzenia się przyrody do życia miał swój niepowtarzalny urok. To był czas, kiedy lód na jeziorze był już zbyt słaby, aby dało się po nim chodzić, grube sople lodu wiszące na dachach domów powoli topniały, a grube warstwy śniegu na ziemi zamieniały się w kałuże, odsłaniając budzącą się do życia roślinność. Po łagodnym przejściu zimy w wiosnę, a potem wiosny w lato można było rozkoszować się przyjemną temperaturą rzadko kiedy przekraczającą +25°C. Owszem, zdarzały się także duże upały, ale było to dosłownie kilka dni w ciągu roku. Letnie noce były ciepłe, przyjemne, nie było wtedy tak dużych wahań temperatury między dniem i nocą, jak to się ma dzisiaj. 

Obecnie zima niemal nie występuje, a jeśli się pojawi, to na krótki okres kilkunastu dni, po czym przychodzi ocieplenie. Są to raczej 2-3 tygodniowe incydenty zimowe i to łagodne, aniżeli prawdziwa, uczciwa zima ze śniegiem i mrozem. Temperatura na poziomie kilkunastu stopni na plusie w grudniu, styczniu, czy lutym kiedyś była nie do pomyślenia, a dziś to zjawisko powtarza się regularnie rok po roku.

Poniżej przykład takiej anomalii z 1.01.2023r. Miejscami termometry notowały +20°C. Wszelkie owady latające obudziły się wtedy i wyleciały na poszukiwanie pokarmu. Kwiaty kaliny były oblepione od wygłodniałych owadów. 



W sezonie '24 anomalia pogodowa na przedwiośniu spowodowała ogromne straty roślin w ogrodzie i wielkie niedowierzanie wśród ogrodników. Zimy prawie nie było, nie licząc chwilowego mrozu w styczniu do -26°C. Luty i marzec były rekordowo ciepłe z temperaturą po kilkanaście stopni na plusie. Niestety, mróz, który przyszedł na koniec kwietnia zdziesiątkował rośliny w ogrodzie, niszcząc nowe przyrosty. W najgorszym przypadku zabił zupełnie rośliny, które nie były przygotowane na taki spadek temperatur. 

Zdarza się, że temperatura w styczniu spadnie do około -20°C, a nawet -26°C, ale są to jedno- lub kilkudniowe epizody. Luty i marzec były kiedyś miesiącami, gdzie dominował mróz, a tymczasem już w marcu zdarzają się takie upały, że w słońcu nie da się wytrzymać. Tak było w roku 2024, kiedy to zaplanowałam sobie prace ogrodowe, ale już ok. godziny 10:00 rano musiałam uciekać do cienia, ponieważ słońce paliło zbyt agresywnie. W marcu!

Innym dziwnym i niespotykanym wcześniej zjawiskiem są nocne przymrozki aż do czerwca. Jeszcze do niedawna ostatnim okresem z temperaturą na minusie były okolice 12-14 maja ("Zimni Ogrodnicy”) oraz 15 maja („Zimna Zośka”). Po tym czasie można było śmiało sadzić do gruntu rośliny wrażliwe na lekki przymrozek. Teraz to się zmieniło. W ciągu kilku ostatnich lat, w czerwcu, notowałam w ogrodzie do kilku stopni na minusie w nocy, po czym w dzień temperatura buchała do + 25°C i więcej. Nie wszystkie rośliny to wytrzymują i tak na przykład straciłam wiele dopiero co posadzonych do gruntu sadzonek pomidorów, cukinii, itp. 

Poniżej na zdjęciu, połowa czerwca 2024r., +2°C na wysokości ok. 2m nad poziomem gruntu. Przy ziemi było jeszcze zimniej. W połowie czerwca!

Kolejna rzecz, która rzuca się w oczy, to coraz większe wahania temperatur między dniem i nocą, szczególnie latem. W lipcu i sierpniu noce bywają rekordowo zimne (nawet około +4-6°C), podczas gdy wraz z nastającym dniem temperatura błyskawicznie rośnie do góry, powodując wycieńczający upał. Różnica temperatur w ciągu doby sięga czasami nawet około 25-30°C i tak całymi tygodniami. 

Poniżej na grafice przykład dużej różnicy temperatur na początku sierpnia, przy czym w rzeczywistości w nocy termometr wskazywał jeszcze niższą wartość, niż prognozowane 6°C. Po prawej widać, że w dzień będzie ok. +35°C (w cieniu).


W 2024 roku fala upałów trwała od czerwca do października. W tym czasie było zaledwie kilka dni, kiedy temperatura spadła o kilka stopni. Takie upały za dnia i zimne noce są coraz częstsze i coraz bardziej dokuczliwe. To wszystko ma wpływ również na ogród, na rośliny, którym coraz trudniej jest przystosować się do nowych, ekstremalnych warunków. Widać to po kondycji roślin i po stratach w ogrodzie.

Kolejnym problemem w ogrodzie staje się susza, która również z roku na rok jest coraz bardziej odczuwalna i dotkliwie dokucza roślinom. Do niedawna nie musiałam podlewać roślin, wystarczyło ściółkowanie. Jednakże w sezonie 2024 gleba po raz pierwszy była tak ekstremalnie wysuszona, że na drugi dzień po podlewaniu nie było nawet śladu wody. W różnych częściach kraju pojawiały się obfite deszcze, powodujące nawet powodzie, a tymczasem u nas deszcz spadł dosłownie kilka razy w ciągu całego roku i można powiedzieć, że był raczej symboliczny. Gleba była całkowicie sucha. Podziwiam róże, że znoszą tak trudne warunki, a przecież większości róż wcale nie podlewam, gdyż mam do nich za daleko. 



Rok 2025

Zima w tym roku okazała się być łagodna, zbyt łagodna. Ba, można wręcz powiedzieć, że w ogóle jej nie było poza krótkim wyjątkiem, kiedy w ogrodzie temperatura spadła najniżej do -12°C. W styczniu! Poza tym oscyluje w okolicach od -3°C do +10°C. Normą w tym rejonie dotychczas było ok. -20°C do -26°C minimum. Mamy zatem kolejną anomalię pogodową. Styczeń '25 z pewnością przejdzie do rekordowo ciepłych w historii pomiarów. Do tego prognozy już zapowiadają, że luty i marzec będą cieplejsze od normy o kilka stopni. 



Co na to rośliny? Większość róż w ogóle nie zrzuciła liści z zeszłego sezonu. Niektóre z odmian już rozpoczęły wzrost, wypuściły młode liście, a nawet je rozwinęły, jakby była wiosna. W podobnym stanie były niektóre krzewy, w tym moje największe zaskoczenie – Budleja Dawida. Wszystkie odmiany budlei w moim ogrodzie były całe w świeżych liściach! Astry wypuszczały nowe przyrosty, podobnie wiele innych bylin nie poszło na zimę spać. Ba, nawet wrotycz nadal miał zielone pędy i liście, nie zmienił się od jesieni zeszłego roku!

Było na tyle ciepło, że owady już się ożywiły. Biedronki, pająki, muchy, a nawet w niektórych ogrodach mszyce już atakują róże.


Róża Arabia w styczniu '25:


W Warszawie, w styczniu, w wielu miejscach róże kwitły nieprzerwanie od jesieni zeszłego roku. Nie zasnęły tej "zimy". 

Na przedwiośniu największy spadek temperatury mieliśmy 17 lutego. Po 6:00 rano było około -17°C przy gruncie i -14°C według prognozy pogody. W tym samym czasie w Warszawie mieliśmy -9°C. Ogromna różnica! Podobnie, choć nieco łagodniej, było kolejnej nocy. I to by było na tyle zimy tej zimy ;)
W kolejnych dniach przyszło ocieplenie do kilku stopni w dzień, choć w nocy wciąż było na minusie, nawet do -10°C. 

W moim ogródku w mieście kwitły przebiśniegi i śnieżyce wiosenne:



Śniegu i deszczu jak nie było, tak nie ma, a media już ostrzegają o potężnej suszy w wielu rejonach kraju. To, że z raz na miesiąc lekko pokropi po wierzchu nie ma najmniejszego znaczenia, ziemia jest po prostu sucha na wiór. Poziom wody w naszym stawie obniżył się już teraz o około 1,5 metra, niż normalnie o tej porze roku. Zostało może jakieś 30 cm wody na dnie. Za miesiąc woda zniknie, a dno wyschnie. 


W pierwszej połowie marca było już znacznie cieplej, w nocy były temperatury od zera do kilku stopni na plusie, a w dzień bardzo przyjemna wiosna, między +10 do +17°C. To uruchomiło rośliny do intensywnego wzrostu. W Warszawie już rozkwitły pierwsze kaliny wonne, a w ogrodzie na wsi wzrok przykuwały mocne kolory krokusów i pierwszych żonkili. Zaczynało się robić kolorowo i pachnąco.




Pod koniec marca kwiatami obsypały się drzewa wiśni, śliwy ałyczy, dereni i oczywiście krzewy forsycji. To znak, że czas pomyśleć o przycinaniu róż. 


Wiele róż nadal nie zrzuciło starych liści z zeszłego roku, wciąż są zielone, a do tego już wypuściły młode przyrosty na pędach i mnóstwo świeżych listków. Tylko niektóre odmiany, te co bardziej wrażliwe na mróz, przemarzły powyżej kopczyka i te cięłam bez wyrzutów sumienia. Miałam jednak duże rozterki, co zrobić ze zdrowymi, dorodnymi, zeszłorocznymi pędami róż, które nie zauważyły zimy. Aż żal wycinać. W tym roku postanowiłam jednak zrobić solidne przycinanie pędów, dosyć nisko przy ziemi, aby zmotywować róże do wypuszczenia nowych, jeszcze mocniejszych i grubszych pędów. Są już na tyle dobrze zakorzenione, że możemy pokusić się o zbudowanie gęstych i dużych krzewów. 

Przycinanie pędów nie obyło się bez atrakcji. Na rękach powyżej rękawic, moja skóra wyglądała jak po walce w dżungli, blizny zostaną na lata. Co odmiana, to inny charakter kolców, jedna jest bardziej czepialska, inna mniej. Jedna z róż tak serdecznie mnie chwyciła w swoje objęcia, że nie mogłam się z niej uwolnić. Czułam się jak w pajęczynie: u nasady pędów chwyciła mnie za rękawiczki, dalej za rękawy i plecy bluzki, spodnie na kolanach (kucałam przy niej), a nawet pochwyciła mój słomiany kapelusz. Po chwili walki uznałam, że jest tylko coraz gorzej, a chłop siedzi na telekonferencji w domku, jakieś 50 metrów dalej i nie ma bladego pojęcia, że ja tu takie cyrki odstawiam. Wkoło żadnego sąsiada, który mógłby przybyć na ratunek... No to klops, utknęłam na amen! 😄 

Z drugiej strony jestem z tej róży bardzo dumna, świetna robota! 💪😅 Tak wygląda wzorowy obronny szpaler róż przy płocie ;) A to przecież młode sadzonki, mają co najwyżej 3 lata i dopiero co ruszają po zadomowieniu w moim ogrodzie! 😮 

Pracy przy tym całym przycinaniu kilkuset róż było tyle, że nie wyrobiłam się w jeden dzień, trzeba było rozłożyć zadanie na kilka dni, a ze względu na brak czasu na ogród, na kilka tygodni. Do tego pogoda popsuła plany. 


Początek kwietnia, temperatury ok. + 6°C w nocy i +20°C w dzień, zupełnie jak latem. 


Tulipan botaniczny Tarda:

Szafirek Bling Bling:

Sasanka:

Tulipan Aladdin:

Róże już puściły soki i wtedy nagle jakbyśmy przeskoczyli w późną jesień, a nawet zimę, bo przyszło załamanie pogody i z dnia na dzień temperatura spadła do blisko zera w ciągu dnia oraz poniżej zera w nocy. Słoneczną i spokojną aurę zastąpił symboliczny deszcz, śnieg i bardzo silny wiatr z północy. Praca w ogrodzie musi poczekać jeszcze kolejnych kilka dni. 

Anomalia pogodowa zimowo-wiosenna była dla wielu róż wyczerpująca. Kilka róż niestety nie przetrwało, straciłam je z tego powodu wiosną. 

W połowie kwietnia w moim miejskim ogródku rozkwitło na dobre Epimedium Rubrum:


Tymczasem, w ogrodach już pojawił się kosmatek pospolity (Tropinota (Epicometis) hirta), który żywi się pyłkiem roślin, a jego pędraki zjadają detrytus i martwe korzenie roślin. Jest on zazwyczaj mylony z prawdziwym szkodnikiem o nazwie łanocha pobrzęcz (Oxythyrea funesta). Rzeczywiście, są do siebie bardzo podobne. 

Poniżej zdjęcia z Wikipedii.

Kosmatek:



Łanocha:



Na początku maja sadziliśmy świerki w dopiero co budowanym przez nas lasku:


Zbyt optymistycznie podeszłam do tematu opadów. Przez wiele ostatnich lat deszcz pojawiał się u nas kilka razy w roku od przypadku i nigdy nie trwał dłużej, niż kilka godzin, a tymczasem pogoda popsuła się kompletnie, deszcze padały prawie codziennie, nie miałam kiedy przycinać, ani pielić róż. Pogoda idealnie sprzyjała chwastom, trawom, perzowi, te rosły w szalonym tempie, można by rzec, że rosły w oczach. Przegrałam nierówną walkę z chwastami, rozarium zarosło na dobre. 

Koniec maja, przed pieleniem i świeżo po:



Początek czerwca:




Cały rok był wyjątkowo zimny i mokry. Paradoksalnie ziemia pozostawała skrajnie wysuszona. W połowie czerwca wciąż pojawiały się przymrozki. Do tego wszystkiego doszedł bardzo silny wiatr, który dokuczał, a nawet uniemożliwiał pracę przez kolejnych kilka tygodni. Wiało na tyle mocno, że niektóre młode, zaledwie kilkuletnie drzewka przechyliły się razem z korzeniami, chyląc do ziemi. Musiałam je podkopywać i wzmacniać konstrukcją z desek. Po kilku tygodniach wiatr ustąpił niemal całkowicie, wyszumiał się i od tej pory już do końca roku było wyjątkowo bezwietrznie, spokojnie. 


W drugiej połowie czerwca chwasty przerosły już wszelkie granice mojej tolerancji, rzuciłam pilną robotę w innej części ogrodu, chwyciłam za taczkę, rękawiczki, łopatę i ruszyłam do boju. W moment uzbierało się kilkanaście takich taczek pełnych materii na kompost:



Początek lipca, wciąż marzniemy 😬


Od lipca zaczął się sezon na niż Genueński i częste deszcze, który przyniósł nadzieję na to, że gleba w końcu nabierze wilgoci i zażegnamy suszę. Niestety, pomimo nawet największej ulewy w pierwszej połowie lipca, gdzie spadło 10-11 cm wody, ziemia nadal pozostawała suchuteńka. Jedynie wierzchnia warstwa na 2-3 cm była lekko wilgotna. To zdecydowanie za mało, żeby nadrobić ostatnie lata suszy, gdzie poziom wód obniżył się o co najmniej dwa metry...



Wykorzystując krótkie przerwy w deszczu, wyskakiwałam dosłownie na moment, żeby cokolwiek popielić, chociaż kawałek do przodu. Ogród w mgnieniu oka ponownie zarastał chwastami. W mniej deszczowe dni sadziliśmy kolejne krzewy i drzewka w naszym lasku, sadzie i ogrodzie. Wciąż jeszcze wiele zaległych roślin było do posadzenia. 

Przy okazji szybkiej wizyty w centrum ogrodniczym udało mi się zdobyć kilka roślin do mini oczka wodnego z kastry, niech się rozrastają. W przyszłości planuję zbudować mini staw przyjazny płazom i gadom.

Tymczasem na zdjęciu przedstawicielka naszych stałych mieszkańców w ogrodzie, pani modliszka:


Na koniec lipca krzaczki niektórych pomidorów wciąż doprowadzały mnie do śmiechu swoim rozmiarem, a zarazem byłam pełna podziwu dla ich plenności. Tym bardziej, że rosły praktycznie w suchym piasku, tylko z wierzchu posypanym ziemią ze sklepu, zupełnie bez nawozu, prawie bez podlewania przez cały sezon. Najmniejsze krzaczki miały po 7 i 10 cm wysokości! A mimo to dawały pyszne i spore owoce pomidorków koktajlowych. O dziwo, w takim zimnie, pomimo bardzo późnego siewu do gruntu także ogórki dawały sobie nieźle radę.




Przez cały sezon mieliśmy dosłownie tylko kilka dni z temperaturami ok. +30°C i więcej. Zazwyczaj było to w przedziale +17 do +23 stopni. Jakaż to ulga po ostatnich latach upałów trwających długimi tygodniami!

Początek sierpnia:



Mgły przyszły już w sierpniu, nadając ogrodowi bajecznego klimatu. Wiele róż dopiero teraz rozpoczęło swoje kwitnienie. Znaczna część galijek nie zakwitła w tym roku wcale. 


Nie sądziłam, że w tym roku doczekam jakichkolwiek plonów z ogrodu, a jednak pod koniec sierpnia obrodziło... Późno, bo późno, ale było co jeść. Cukinie, ogórki, fasolka, owoce, codziennie miska pomidorów na śniadanie i obiad:


Końcówka sierpnia:


Kojące widoki o zachodzie słońca, cisza, spokój, chwila przerwy od pracy:






Miłą niespodzianką było kwitnienie otrzymanej w prezencie strzałki wodnej w oczku:


Na początku września pierwszy raz zaowocował nasz dereń jadalny Szafer. Degustacja rodzinna dała jednoznaczny wynik - to będzie na przetwory, a nie na deser! 😋


W połowie września wciąż zajadaliśmy się plonami z własnej uprawy:



Od września zaczęłam tworzenie kilku dużych rabat z traw ozdobnych w połączeniu z bylinami, pomiędzy nimi. Różnej maści miskanty, pennisetum (rozplenica), panicum (proso), calamagrostis (trzcinnik), eragrostis (miłka), a także mniej znane schizachyrium, molinie, sorgastrum, a nawet Tripsacum dactyloides. Każda z tych rabat wymagała porządnego rozplanowania miejsc, zdarcia darni, usunięcia siewek sosen, korzeni szczawiu i innych chwastów wieloletnich, naniesienia wielu taczek kompostu, dodania innych naturalnych specjałów wzbogacających ziemię (wciąż nie mogę nigdzie zdobyć obornika), posadzenia traw do tak przygotowanej ziemi, nasypania góry kory i innej ściółki. Wszystko zajęło mnóstwo czasu, bo aż kilkanaście dni, ale za to za dwa lata efekt będzie niesamowity. 





Tak wyglądała malutka rabatka stworzona w zeszłym roku:


Kolejna dostawa traw do ogrodu, tym razem skarby upolowane od państwa Majów z Daglezja Ryki. Bardzo polecam wizytę w tamtejszym ogrodzie pokazowym, to istny raj na ziemi! Koniecznie wybierzcie się na spacer z przewodnikiem w trakcie dni otwartych.


Kontroler jakości otrzymanych roślin:


Pod koniec września do zbioru były już gotowe owoce pigwowca. Tak owocował dwu- lub trzyletni krzew:


W październiku wciąż było deszczowo, choć gleba nadal pozostawała sucha:


Niesamowite, ale nawet do końca listopada nadal kwitło mnóstwo roślin:







Dopiero pod koniec roku zorientowałam się, że w tym sezonie praktycznie nie było burz, brakowało mi ich.

W listopadzie, korzystając z dobrej pogody, dosadziłam nieco drzew i krzewów owocowych, w tym kilkanaście nowych krzewów jagody kamczackiej, głównie odmian deserowych słodkich. Do powiększenia plantacji jagody kamczackiej zachęciły mnie tegoroczne zbiory tych owoców. Pomimo, że nie dbam o te krzewy w ogóle, rosną w bardzo słabej, piaszczystej ziemi, bez nawozu i podlewania, zarośnięte chwastami, to dały tak dużo owoców, że w pewnej chwili już nie chciało nam się zbierać kolejnych partii, zostawiliśmy je dla ptaków. I to tylko z 2-3 młodych krzewów. 

Nowe sadzonki jagody kamczackiej i czarnego bzu:


Jeszcze w grudniu było na tyle ciepło i przyjemnie, że nie mogłam się powstrzymać od sadzenia i pielenia 😁 W dołowniku czeka na posadzenie jeszcze kilka zaległych traw ozdobnych, a także kilkaset drzewek i krzewów, takich jak: ałycza, antypka, świerk, daglezja, suchodrzew, amorfa, głóg, irga, jarząb szwedzki, tawuła, karagana, trzmielina, i inne, no i oczywiście nowe róże! 😉 Kolejny rok będzie niezwykle pracowity. Już się nie mogę doczekać!

Na sam koniec grudnia przyszła prawdziwa zima, ale to taka najprawdziwsza, ze śniegiem i mrozem. Taka, jakiej nie widziałam od 30-35 lat. 

Tymczasem w ogródku miejskim zakwitł złotlin japoński plena. 😲 Zupełnie mu się pokręciło. Komicznie wyglądają te jego żółte pompony wystające spod śniegu. 


Rok 2026

Na początku stycznia zakwitły również przebiśniegi. Podczas kilku odrobinę cieplejszych dni udało się je zobaczyć podczas roztopów. Później śniegu dosypało na grubo ponad 20 cm. Przez kolejne tygodnie stycznia mróz ściskał mniej lub bardziej. Nieraz zdarzały się spadki temperatur do -20°C nad ranem na wsi, a w Warszawie do -15°C. 

Po pierwszym miesiącu nowego roku możemy śmiało stwierdzić, że nareszcie doczekaliśmy się normalnej zimy, chociaż na tle ostatnich dwudziestu, a może i trzydziestu lat wygląda to, jak anomalia. Przez całe tygodnie niemal codziennie padał śnieg. W ogródku w Warszawie wciąż leżała około 20 cm warstwa śniegu, elegancko otulając rośliny puszystą kołderką, pod którą miały ciepło i bezpiecznie. Na wsi śniegu było niewiele mniej. Mróz wciąż trzymał, z lekkimi wahaniami, od +2 do -15⁰C w Warszawie, a czasem spadając do minus dwudziestu kilku stopni na wsi pod Radomiem. Nareszcie ogród ma normalne warunki do odpoczynku. 

Cała wschodnia połowa Polski była dotknięta mocniejszym niż zwykle mrozem, podczas gdy zachodnia połowa kraju w dużej części pozostawała bezśnieżna i cieplejsza o kilka stopni. 

Myśl o stratach w ogrodzie przyszła naturalnie, pogodziłam się z tym z pełnym spokojem. Przez wiele ostatnich lat pogoda zimą nas rozpieszczała, a w ogrodzie coraz odważniej sadziliśmy rośliny spoza naszego klimatu, wytrzymujące zaledwie do minus kilkunastu stopni. Obecna zima zweryfikuje, co faktycznie nadaje się do naszego ogrodu. 


W drugiej połowie lutego mróz wciąż nie odpuszczał, sięgając w nocy do -15°C, a nawet do -20°C. Spod coraz mniejszej warstwy śniegu przebiśniegi nieśmiało zaczynały wychylać swoje mikre główki. 

Z ostatniego dnia lutego na pierwszy dzień marca nagle przeskoczyliśmy z zimy do wiosny. Jakby w książce zamknięto jeden rozdział i otwarto następny. Dosłownie z dnia na dzień nastąpiła nagła zmiana temperatury i teraz, w marcu, było już od zera w nocy do kilkunastu stopni w dzień. To już są komfortowe warunki do otwarcia sezonu w ogrodzie. 

Jednocześnie jest za wcześnie na odkrywanie kopczyków z róż. Jeszcze przyjdą suche wiatry i mocniejsze przymrozki, a nawet śnieg. Z drugiej strony, róże nie wymagające kopczykowania już w lutym, pomimo mrozu, miały młode, ulistnione pędy na kilkanaście centymetrów!

Na przełomie lutego i marca zrobiłam cięcie drzewek, krzewów i traw, a rabaty oczyściłam z resztek bylin. Jakże się zdziwiłam, że pomimo braku zabezpieczenia na tę wyjątkowo mroźną i długą zimę praktycznie wszystko pięknie przetrwało, bez strat. Jedynie młodziutkie i delikatne bambusy będą zaczynały od początku, były ścięte prawie do zera, ale żyją, na dole, przy gruncie, są zielone! Do róż na razie nie doszłam. Ich pędy po zimie zrobiły się ciemne od mrozu, ale to wcale nie oznacza strat. 

Marzec był wyjątkowo ciepły już od pierwszych dni. Sezon zaczął się o miesiąc wcześniej, niż zwykle. 
Pod koniec miesiąca rozpoczęłam przycinanie róż po zimie. W tym roku wiele odmian trzeba było ciąć do samej ziemi. Czarne, przemarznięte pędy potwierdziły, że zima była surowa. 






1 komentarz:

  1. Wszystko (niestety) prawda...
    Trzeba będzie zakładać ogrody preriowe.
    A co z różami? Gdzieś są podobne warunki i dobrze rosną "królowe"?
    Ania Wiśniewska

    OdpowiedzUsuń

Pamiętaj, by się przedstawić :)

Kilka słów o moim ogrodzie:

Dzień dobry świecie :)

To jest mój pierwszy wpis na tym blogu. Miłej lektury :)